| Exceedingly, abundantly Notka będzie o dwóch zupełnie różnych sprawach, ale tak to już jest gdy się odwleka pisanie notek w nieskończoność,a potem się chce z siebie wyrzucić wszystko na raz ;D Po pierwsze - od jakiegoś czasu obserwuję masowy powrót (z zaświatów ;D) rozmaitych postaci ze światu sportu i rozrywki, które z wielu powodów są/były dla mnie ważne. Z chronologią mam nieliche problemy, ale zaczęło się (chyba?) od nowego albumu Muse, których nie słucham może od dawna, ale jednak dość często. Potem ukazał się nowy happysad, który niezmiennie od pięciu lat towarzyszy mi w każdym zawodzie miłosnym. Jako że emocjonalnie nie ruszyłam się za bardzo przez ten czas z miejsca, to "Jeszcze, jeszcze" i "Długa droga w dół" nadal stanowią idealne tło do wylewania wiaderek łez nad... nie, chyba nie tyle facetami, co własną głupotą ;D Aż się chyba wybiorę na koncert. Kit, że 90% publiczności będą stanowić gimnazjaliści, którzy właśnie wypili pierwsze w życiu tanie wino (btw, to - jakże cenne - doświadczenie wciąż przede mną. How lame am I!), naprawdę chcę usłyszeć czy "Made in China" daje na żywo takiego samego kopa jak w wersji studyjnej ;) Po happysadzie przyszło Arctic Monkeys i pewne rozczarowanie, bo chyba ktoś tu uwierzył że jest niesamowity i wpadł w zbędny snobizm. I wreszcie Jamie Cullum, który pozostaje moim mistrzem świetnych coverów. Poza tym zagadką pozostaje, jak w 1,62 m wzrostu można upchnąć tyle seksapilu ;) (Jako że mierzę dokładnie tyle samo, rozwiązanie zagadki by mi się przydało ;d) Głównie jednak obchodzą mnie powroty sportowe, konkretniej jeden pan - Jewgienij Pluszczenko, w ostatnich latach zajmujący się chałturami w stylu pokazywania się na Eurowizji. Ale oto mój najulubieńszy łyżwiarz figurowy ever (z aparycją Plastusia, ale to się wytnie) wraca do gry, i to w wielkim stylu - i niech mi spróbuje nie zdetronizować z miejsca Briana "I like my face" Jouberta :) A tak poważnie, to oglądanie po latach niegdysiejszych idoli mnie niesamowicie rozrzewnia - bo jakoś tak uderza mnie że jednocześnie jestem zupełnie inną osobą niż wtedy, kiedy zaczęłam ich uwielbiać, a moja sympatia do Plusha choćby jest nadal żywa i porównywalnie intensywna. Aaaa! Jestem sentymentalna! Po drugie - tydzień temu braliśmy większą grupką (dzięki, grupko! :*) udział w warsztatach Gospel. Wrażeń i refleksji jest tyle, że sama tego nie ogarniam, ale zmuszę się do wysiłku umysłowego (co nie jest łatwe; kocham przeziębienia) i postaram się wypunktować to, co najważniejsze: 1. Efekt synergii działa - 250 osób, z których większość pewnie solo wyłaby jak zarzynane prosię, w grupie tworzy -ponoć- nieźle brzmiący chór. Ponadto okazuje się, że ćwierćtysięczna tłuszcza w dwa dni jest w stanie się nauczyć dziesięciu piosenek :) 2. Nie pamiętam zjawiska, które by w ostatnim czasie wywołało u mnie tyle silnych emocji - przy jednej piosence się odstawiało - dosłownie - dziki bauns, żeby przy innej płakać ze wzruszenia. I nie ja jedna tak miałam, patrząc na innych chórzystów z mokrymi oczami, którzy nagle zrobili się bardzo bliscy. 3. Nie wchodząc zbyt głęboko w religijne wynurzenia (w których dobra nie byłam i raczej nie będę, ponadto ateiści mogą na nie reagować alergicznie) muszę przyznać, że te dwa dni zrobiły mi w głowie gigantyczne przemeblowanie. I to dokładnie takie, o jakie prosiłam. Parę rzeczy kliknęło i wskoczyło na swoje miejsce, a wszystko razem spowodowało taki rodzaj spokoju, którego chyba jeszcze nie doświadczyłam. Jasne, że przez większość czasu jestem radosnym pokemonem, którego wszystko cieszy, ale teraz jest... no, inaczej :) Okazuje się więc, że rzeczywiście jeśli się poprosi o właściwą rzecz, to się nią dostanie. I efekt zdecydowanie przekracza oczekiwania. Jak głosi piosenka, którą ostatnio nucę albo śpiewam z nienormalną częstotliwością: Exceedingly Abundantly Above all, all you can ask from him According to, the power That worketh in you God is able to do just what he said he would do He's gonna fullfill every promise to you Don't give up on God, cause he won't give up on you He's Able 4. Na fali energii, którą mnie naładowano (energio, zostań! Nareszcie mi się zachciało równie silnie, jak dotąd mi się nie chciało! ;D) podjęłam decyzję - niby małą, a jednak dla mnie mocno przełomową. Mówiąc w skrócie, pora przejść z gdybania i chciejstwa do rzucania się w życie na główkę. Może zaboleć, no jasne, ale za mało mam czasu żeby myśleć o tym, jak by to było gdyby... coś tam. Pora zrobić tyle ile się da, żeby "coś tam" w ogóle miało miejsce :) *** Ps. Po niemal 1,5 roku postanowiliśmy zrobić sobie imprezę integracyjną dla naszego roku (Refleks to podstawa!). Padło hasło "Starosta robi litra", ale jako że nie sprecyzowano napoju, widzę w tym dla siebie pewną nadzieję ;D Litrowi mineralnej podołam bez większego trudu ;D Tagi: muzyka, religia, uczelnia, łyżwiarstwo figurowe, jewgienij pluszczenko, warsztaty gospel The rest is still unwritten... 2009-11-14 00:47:48 skomentuj (1) ^ w górę! ^ Never too late for new experiences Jako że kolejnych aktywności nigdy za wiele (a spanie po pięć godzin staje się normą >.<), postanowiłam w tym roku dowiedzieć się, czemu masa moich znajomych wiesza psy na duszpasterstwach akademickich. Dotąd miałam z nimi tylko krótką przygodę - i u dominikanów było naprawdę w porządku. Niestety w tym roku nie pasowały mi terminy, więc poszłam do (konkurencji, hyhy ;>) jezuitów. I o ile mogę ocenić po kilku spotkaniach, to naprawdę dziwne opinie o DA są przesadzone. No bo bezsensem jest twierdzenie, że duszpasterstwa to wielkie swatalnie, a dziewczyny tam idą żeby znaleźć chłopa - bo zazwyczaj grupy są mocno sfeminizowane. No, ale może po prostu zadziałał mój słynny dziki fart i trafiłam na tę grupę jedną na milion, gdzie pije się earl greya i mówi o hermeneutyce, a nie robi maślane oczy do kolegi siedzącego obok ;) Aha, i coraz bardziej mnie fascynuje duchowość ignacjańska. Loyola prekursorem psychoanalizy! Swoją drogą to ciekawe, że zakony niezbyt zaciekle, ale jednak ze sobą konkurują o sympatyków ;) Jezuici mają coś do franciszkanów, dominikanie do jezuitów, jeszcze inni do całej reszty. Niemniej jednak z jakiegoś niejasnego powodu jakoś życie zakonne imponuje mi bardziej niż stan kapłański. Może dlatego, że chodzenie na co dzień w habicie - który w średniowieczu nie był zbyt ekstrawagancki w porównaniu z ubraniami ludzi świeckich, teraz owszem - wymaga jednak pewnej odwagi ;) (A tak całkiem na marginesie, to habity mi się szalenie podobają. I to nie jest pochodna hasła "za mundurem panny sznurem"!) *** Kolejna ciekawostka, od kiedy mnie ubywa (niejedzenie słodyczy, ćwiczenia, takie tam), paradoksalnie jem chyba najróżnorodniej w życiu. Może dzięki temu, że ociekająca tłuszczem buła z papierowym czymś udającym kawałek wołowiny nigdy nie była dla mnie synonimem słowa "pychota". Tak czy inaczej, odkryłam czemu Green Way jest świetny, przełamałam się i zjadłam kawałki czegoś, co miało macki, umiem się - umiarkowanie szybko, ale jednak - posługiwać pałeczkami i daję radę w gotowaniu. A nawet robię ponoć dobre ciasta - nie wiem, bo sama ich nie tykam, ale rodzina nie wzdrygała się sięgać po dokładkę :) Tagi: gotowanie, duszpasterstwo akademickie The rest is still unwritten... 2009-10-31 23:28:15 skomentuj (1) ^ w górę! ^ If you're chewing on life's gristle ... don't grumble. Give a whistle! Ostatnio Siły Wyższe (jak byśmy ich nie rozumieli, ja na przykład w typowo katolicki sposób) stwierdziły, że trzeba mnie strącić z różowej chmurki naiwnego optymizmu i serwują mi małe, ale upierdliwe prztyczki w nos. Zaczęło się chyba tym, że uczelnia przyznała mi stypendium wysokości tak szczątkowej, że ręce mi opadły, a potem wylałam z siebie wiaderko łez zaprawionych ciężkimi przekleństwami. No bo pieniądze, które mają motywować, a sprawiają wrażenie drobniaków wrzuconych romskiemu dziecku z akordeonem (których mi żal, ale nie wyśmiewam) na odczepnego. Ale mniejsza. Tydzień temu, kiedy pisałam faaaaaaaascynujący raport z filtracji kredy (tak. chciałabym żartować) mój przeawaryjny laptop - a właściwie przeawaryjny zasilacz - dokonał swojego żywota. Zgon źródła prądu dobił sam komputer, co napawa mnie lekkim przerażeniem, bo może i na nim odkryć na miarę Nobla nie zapisywałam, ale ważne dla mnie opowiadanka i inne pierdółki owszem. Tak więc teraz piszę z dużego peceta z epoki króla Ćwieczka, na którym nie ma dźwięku i nie mogę słuchać do znudzenia głosu Bradleya Jamesa* ;] No dobrze, meritum mojej wypowiedzi miało być takie, że mimo licznych upierdliwości życia codziennego (które mogłabym wymieniać, ale i bez tego jestem wystarczająco marudna) z jakiegoś powodu dobry humor mnie nie opuszcza. Mimo, że stypendium w wysokości niewiele wyższej niż cena frytek w McDonalds'ie mnie lekko podminowało, to nadal mi w głowie siedzi myśl, że jak Bóg zamyka drzwi, to otwiera okno. Pewnie że będzie trudniej, ale przecież zupełnie wykonalnie. Poza tym życie jest piękne, skończyłam pisać raport, mam sześć niepoparzonych palców, za dwa tygodnie warsztaty gospel, pogoda czasem bywa znośna, mam słitaśne kozaki w kolorze denaturatu, a lektor nadal jest Szkotem ^^ A pewni ludzie nadal mają nadprodukcję melaniny. Nie wiem tylko, co to dla mnie znaczy ;P *** *Bradley James jest odtwórcą roli Artura Pendragona w głupawym skądinąd serialu "Merlin". Bradley, oprócz bardzo brytyjskiego akcentu, dysponuje też absolutnie idealną fizjonomią, niezłym tyłkiem i często eksponuję klatę. Wystarczy żeby przykuć do komputera ;) Tagi: uczelnia, komputer The rest is still unwritten... 2009-10-25 23:34:59 skomentuj (5) ^ w górę! ^ Peculiar workaholic simpleton Notka dodana o dziwnej porze i w jeszcze dziwniejszym stanie. Właśnie uporałam się z piewszym w tym roku raportem, więc ledwo widzę na oczy, a mózg zdecydowanie nie działa. Przedmiot nazywa się dumnie - Biochemical Engineering, a na laborkach spędziłam upojne dwie godziny mierząc ciśnienie powietrza w rurach. I podnosząc rury. Wkręcając rury. Przełączając prztyczki i przerzucając wajchy. Słodko, ale pocieszam się że to coś w rodzaju chrztu, jak się przetrwa ten przedmiot (7 punktów ECTS! I egzamin w sesji! Omamomamomamo trzeba było iść na spawacza) to ma się prawo do "inż." przy nazwisku ;] Poza tym na uczelni nadal jest pociesznie. Mimo, że trzy kolokwia w tygodniu chyba będą normą - no ale wiedziały gały co brały ;) Okazuje się, że jestem mistrzem autosugestii - przed początkiem zajęć wmówiłam sobie, że te wszystkie wariacje na temat chemii będą ciekawe (albo przynajmniej nie rozpaczliwie nudne) - i póki co udaje mi się w to wierzyć. Poza tym jak na kujona (mniej lub bardziej krypto ;p) przystało cieszy mnie zdobywanie wiedzy tudzież umiejętności, nawet jeśli jest to psucie biurety - niby nic, a kosztuje 130,- -albo wyciąganie kapilarek. Jak się okazuje biotechnolog musi w razie potrzeby robić i za zduna, i za hydraulika ;> Czuję, że wygryzę Kurowską z reklam o kobiecie pracującej. Zupełnie jakbym nie miała nic do roboty, dwa razy w tygodniu latam na aerobik - co skutkuje zakwasami mięśni, o których istnieniu się dopiero teraz dowiaduję, daję korki (dzięki za wprowadzenie obowiązkowej matmy na maturze, powstało idealne źrodło łatwego zarobku dla ściśłowca) i zapisałam się na angielski. A na tym angielskim moim lektorem jest Szkot. A szkocki akcent to jedno z (licznych) zjawisk, które powodują u mnie idiotyczny uśmiech i maślane oczy ;) Skoro się rzekło o maślanych oczach - cytat z poprzedniej notki nadal aktualny. Choć na szczęście zmądrzałam na tyle, żeby piegowatego pana traktować głównie w kategoriach "do schrupania", bez rzewnych podtekstów. Z resztą na tle moich znajomych moje życie uczuciowe charakteryzuje się zawiłością godną fabuły Zmierzchu (Zmierzch nie ma fabuły, a już na pewno nie zawiłej ;>). Jakoś tak się złożyło, że koledzy i koleżanki wszelkiej maści hurtowo wkroczyli w okres zawiłości emocjonalnych, których nie powstydziliby się Forresterowie. Tylko czekać na fałszowane testy na ojcostwo, pojedynki na szpady i damskie walki. Czego oczywiście nikomu nie życzę, ale rzeczywistość niebezpiecznie dryfuje w tym kierunku ;) Pójdę spać. Albo czytać o filtracji. W końcu sen jest przereklamowany ;) Tagi: uczelnia, znajomi The rest is still unwritten... 2009-10-12 01:11:21 skomentuj (5) ^ w górę! ^ Blessed isolationism Czasem, kiedy już ewidentnie nie mam co robić, nachodzi mnie myśl, że mój poziom wiedzy o wydarzeniach na świecie jest drastycznie niski. Ostatnio taka refleksja dopadła mnie w porze wiadomości, więc włączyłam telewizor... i skamieniałam. Poważna spikerka z nietwarzową fryzurą przez kilka minut (tyle zniosłam) przekonywała mnie, że stoimy na krawędzi klęski ekologicznej, grozi nam wojna jądrowa, bo każde państewko wzbogaca uran, a te, które twierdzą że nie, wzbogacają najwięcej. Poza tym ludzie są podli, wszędzie korupcja i zbrodnie, no i natura jak zwykle przeciwko nam. Nagłówki "Faktu", które czytam sobie na przystanku tramwajowym, pogłębiają tylko moje zażenowanie. "Pójdzie siedzieć!", "Winda grozy!" czy "Zdradza męża tuż po ślubie" w pewnym stężeniu przestają być śmieszne. W takich chwilach mam wrażenie, że żyję w alternatywnej rzeczywistości. Ludzie w przeważającej większości są dla mnie mili, nikt mi nie podłożył świni, pod moim stereotypowym polskim blokiem nie stoi banda dresów usiłujących mnie zabić... Może ja mam jakąś dziurę w mózgu, która uniemożliwia mi dostrzeganie podłości i podstępności wszystkich wokół? Ale już chyba wolę żyć z tą dziurą, niż oglądać serwisy informacyjne. Przynajmniej nie dostanę wrzodów ze stresu. *** Z wiadomości innych - dziś rozpoczął się na mojej ulubionej uczelni rok akademicki, którego inauguracją dla mojego wydziału było piekło zapisów na w-f. Jakimś cudem na stosunkowo nieźle zorganizowanej PŁ organizacja zajęć sportowych to wolna amerykanka, bieganie po całym budynku, zamęczanie pani z sekretariatu i próby ignorowania pana, który pobudzony moim dużym dekoltem zaczął mnie emablować. Ale podołałam wyzwaniu, poza tym spotkałam masy znajomych... i po raz kolejny dotarło do mnie jak bardzo się zadomowiłam na IFE. Sam fakt przyjścia tam po wakacjach i gadania o wszystkim i niczym na raz poprawił mi humor na tyle, że przez cały dzień hasałam po mieście z mało inteligentnym uśmiechem na twarzy ;) Aha, hasłem dnia - i coś czuję, że nie tylko tego dnia, niestety, jest: "To jakiś banał - lat przybywa, a serce coraz głupsze" ;) Tagi: uczelnia, telewizja The rest is still unwritten... 2009-09-28 19:48:57 skomentuj (3) ^ w górę! ^ |
Tagi |