No no no, chyba zafundowałam sobie (i ewentualnym czytelnikom) najdłuższą przerwę w blogowaniu nie wywołaną Wielkim Postem. Jest mi nieco wstyd, więc może chociaż się jakoś szczątkowo wytłumaczę.
Najpierw był 10 kwietnia, który *ostatkiem dobrej woli powstrzymuje się od politykowania* jak by nie patrzeć był dniem, w którym ciężko było powiedzieć coś sensownego. W zasadzie śledztwem i rozmaitymi nagonkami z nim związanymi żyłam dość długo, a potem uczelnia zaczęła ze mnie wyciskać krwawy pot. Suma sumarum – jak już siadałam do komputera, to w celach czysto utylitarnych (pisanie raportów do 5 rano -.- Fak! Gary, muwałt!), i mimo szczerych chęci nie byłam w stanie wycisnąć z siebie żadnych pogodnych dykteryjek ;]
Tak czy inaczej – posucha się skończyła, a ja – mimo że jeszcze w piątek ostatni egzamin – czuję się luzacko i wakacyjnie, więc jestem w stanie krótko podsumować ostatnie (olaboga!) dwa miesiące.
1. Zaczęłam czytać zbyt duże ilości prasy, co zaowocowało wzrostem świadomości politycznej z poziomu bardzo niskiego na zwyczajnie niski. Udało mi się nawet mieć jakieś zdanie na temat wyborów w Wielkiej Brytanii, co naprawdę biorąc pod uwagę mój kretynizm socjopolityczny jest sporym osiągnięciem ;]
2. Na moje nieszczęście od rozpoczęcia kampanii wyborczej (o ile te niemrawe działania można tak nazwać… no, ale nie jesteśmy krajem na miarę „Yes, you can”) wdaję się w facebookowe dyskusje. Oprócz tego, że pewnie dorobię się przy tym wrzodów żołądka, przekonałam się na własnej skórze, że nic tak nie zmusza do sprecyzowania własnego stanowiska jak konieczność konfrontacji. Tak więc Aniu, możesz sobie przypisać zasługę za to, że jestem może nie bardziej skrajnym, ale na pewno bardziej samoświadomym lewakiem niż dotychczas
A „Krytyka Polityczna” bywa naprawdę sensownym magazynem, pomijając kwestie obyczajowości, które mi nie w pełni leżą. No, ale co ma począć lewicowa katoliczka, dla której nie istnieje żadna formacja polityczna?
3. Przedmioty na tym semestrze miałam na tyle ciekawe, że nie tylko zaczęła mi się sklejać w całość wizja mojej przyszłej pracy (o ile, odpukać, znajdę pracę w zawodzie, a nie sektorze IT, z całym szacunkiem dla kolegów z branży
), ale jestem o wiele bliżej do ogarnięcia czym tak naprawdę jest biotechnologia. I przez znaczną większość czasu mam cudowne poczucie, że dobrze wybrałam kierunek studiów
Co nie znaczy, że biologia ewolucyjna nie pozostaje niespełnionym marzeniem na kiedyś tam. A na uniwersytecie trzeciego wieku pójdę na religioznawstwo ze wskazaniem na protestantyzm, o!
4. Srogo brzmiący „Problem-Based Learning”, który wycisnął mnie jak tubkę pasty do zębów (wschód słońca za oknem i laptop przede mną… awsum), oprócz ważkiej wiedzy praktycznej nt. hodowli halofilnych glonów, nauczył mnie gro nt. piekła pracy zespołowej. Grupa była urocza i kochani chłopcy dostarczyli nieskończonej ilości okazji do płaczu ze śmiechu, a nasz opiekun jest prawdopodobnie największym luzakiem Politechniki Łódzkiej, nie zmienia to jednak faktu, że zagonienie sześciu osób do roboty bez straszenia dekapitacją bywa mało wykonalne. A kiedy się jednocześnie usiłuje mieć autorytet i być sympatycznym, zaczyna być karkołomnie. Niemniej jednak władze mojego wydziału mogą być dumne ilością zdobytych przeze mnie umiejętności miękkich
5. W sprawach prywatnych wkroczyłam w okres post-telenowelowy; wszelkie zadry i smutki przeszły płynnie i stosunkowo bezboleśnie we w miarę normalne relacje międzyludzkie, a ja obserwując znajome pary zaczynam mieć niejasne przeczucie, że to może nie do końca być dla mnie. Oczywiście mam normalne rodzinno-macierzyńskie odruchy, ale okres gimnazjalnego „jak nie znajdę chłopaka, to będę się czuła nikomu niepotrzebna, a moje życie straci sens” został daleko za mną.
6. Peter F – będący pod wieloma względami ucieleśnieniem stereotypu typowego wokalisty gospel, a w moim prywatnym rankingu jednym z bardziej inspirujących ludzi jakich poznałam – ustawił mi w głowie parę spraw związanych z moim śpiewaniem. Dotarło do mnie, że specyfika naszej muzyki jest taka, że nie tylko sprawia, że cżłowiek nabiera ochoty do klaskania i gibania się, ale ona może porządnie zmienić tych, którzy nas słuchają. I choćby z tego powodu nie ma innej opcji niż dawać z siebie 100%, mimo że mój talent muzyczny występuje w ilościach śladowych.
Co z resztą można łatwo przetransponować na każde inne uzdolnienia; wiecznie walczę o to, żeby lenistwo nie torpedowało moich prób wcielenia w życie przypowieści o talentach
7. Jeśli już się o muzyce zgadało, to od co najmniej miesiąca pozostaję urzeczona genialnym w swej prostocie zespołem The Strokes (żeby nie zaniżać jeszcze bardziej poziomu tej notki chwilowo udam, że niezaprzeczalna boskość ich wokalisty Juliana nie ma tu żadnego wpływu ;D), który to znacznie dominuje moje listy odtwarzania. Dzień bez Strokesów dniem straconym! ;D
Przy okazji przypomniało mi się czemu kocham prostego, melodyjnego rocka i robię sobie wycieczki w stronę The Killers, Arctic Monkeys (dopiero teraz doceniłam ich trzecią płytę)… i wszystkiego, co się nawinie. A że Hanson i Rooney, dwa moje ukochane zespoły, wydali nowe boskie płyty, moje uszy (po których niejednokrotnie musiał się przespacerować słoń) są w pełni dopieszczone:)
8. Podróżowałam sobie po kraju, w odwiedzinach u rodziny, znajomych oraz śpiewając na ślubach (srsly… obawiam się że to w którymś momencie spowszednieje, choć na razie mi daleko). Okazuje się, że trzymiesięczne niemowlęta są fajne, a warszawską Starówkę daje się lubić:)
9. Tradycyjnie – uwielbiam moich przyjaciół w całej rozciągłości i o każdej porze.
10. Nie znosząc upałów rozkoszują się wakacyjną aurą i lubię patrzeć na ludzi, którym wreszcie nigdzie się nie spieszy.
11. Uprawiam farmę na fejsie ;D Poziom 47, patologia;)
12. W międzyczasie oglądam za dużo filmów i seriali i oczywiście czytam. Jak lenistwo pozwoli, to na dniach trochę porecenzuję na worpressie:)