Time to abandon the ship

Stało się.

Po dwóch latach milczenia postanowiłam wznowić bloga – w międzyczasie miłościwie nam panujący blog.pl przeszedł na MOCNO biedną formę wordpressa, która np. nie daje mi możliwości eksportowania wpisów i ucieczki na inną platformę, nie mówiąc już o wyborze choć trochę przyzwoitego szablonu (o własnym można zapomnieć).

Dlatego stare śmieci zostają tutaj, niech im ziemia lekką będzie. Natomiast nowe wpisy będę publikować na

tervetuola.wordpress.com

Smutno mi się żegnać z tym blogiem w taki sposób, ale cóż.

Szeretem Budapest

Nigdy dość wniosku, że najwyższa pora wydorośleć. Bo przecież to, że ogarnęło się pięciodniowy wypad za granicę nie powinno napawać dumą, prawda? W końcu w wieku lat dwudziestu jeden nie jest żadnym osiągnięciem zamówić pociąg, znaleźć schronisko, niczego nie zapomnieć z domu (yhym… oprócz parasola :<) i zrobić podczas wyjazdu to, co się zaplanowało. A jednak, kurczę, napawa. Budapeszt zdobyty!

Miasto jest przepiękne zarówno w dzień i w nocy, jest gdzie pójść wieczorem (choć nasz bałns w najmodniejszym klubie stolycy Węgier trwał co najwyżej 20 minut – chyba wszyscy turyści usłyszeli, że warto tam bywać – i przyszli), krótko się czeka na tramwaje i nie ma śmieci… No właśnie. Węgrzy (z tego co mi wiadomo, a moja wiedza z geografii gospodarczej jest nikła, więc proszę na niej nie polegać) nie zajmują się na co dzień nurkowaniem w szeleszczących banknotach, a mimo to umieją zadbać o to, by zabytki dało się zwiedzać za darmo i pięknie wyglądały, a miasto było przyjazne, schludne i dobrze skomunikowane. To chyba jednak kwestia mentalności, która każe ludziom sprzątać po własnych psach, a nie traktować kupy zostawionej przez pupila jako dumnego obwieszczenia światu „Tak, tu narobił mój pies i będę się tym szczycił”. No, ale nie będę wnikać w rozważania na temat polskiej mentalności, bo zbliżam się niebezpiecznie do zramolałego narzekania ;D Tak więc piłam czekoladę w najlepszej kawiarni w Budapeszcie, w której bywała księżniczka Sissi, Madonna i Brat Pitt. Co więcej, skompromitowałam naszą grupkę w oczach tamtejszych kelnerów, ale ćśś. Kelner w innej kawiarni kazał mi uważać na potwory czające się w drodze do toalety, pierwszy raz widziałam zachwyconego Stasia, a Banan uznał, że dobrym sposobem na zamknięcie okna jest dociśnięcie szyby, nie framugi. Co nas kosztowało mniej więcej 150 złotych. Na szczęście nie od osoby ;)
Poza tym przebywanie w kraju, gdzie „s” czyta się jak „sz” i odwrotnie mocno niszczy psychikę. Szyldy z napisami „szolarium” albo „busz” tudzież czytanie „sms” jako „eszemesz” były źródłem naszej niewyczejpanej radości. A Dunaj, choć nie modry, jest piękny :)

***

Zupełnie poza tematem:
- Przeraża mnie ilość seriali i programów, które będę w tym semestrze oglądać. Jest tego co najmniej dwa dziennie, ale podołam ;] Po co komu sen?
- Zgłosiłabym się do brytyjskiego X factora (taki lepszy idol) tylko po to, żeby prowadzący Dermot O’Leary mnie mógł pocieszać, jak zrobię z siebie idiotkę ;P

Major revamp of practically everything

Nie wiem czy to tylko u mnie tak działa, ale każdy rok podzielić można na (z grubsza) dwa okresy: czas planowania, postanowień i ustalania wytycznych oraz czas wcielania w życie. Wakacje są po prostu idealne na pierszy z tych etapów, bo mózg nie puchnie od nadmiaru raportów, kolokwiów czy nie wiadomo czego jeszcze. Wreszcie można się zająć kwestiami mniej doraźnymi, ale równie ważnymi. Masa rzeczy leżała odłogiem, od kształtu brwi zaczynając a na perspektywach dalszej edukacji kończąc. Zazwyczaj nie ma kiedy o tym myśleć, bo jutro laborki, korepetycje, próba, aaaaa. Przez minione dwa miesiące pozornego lenistwa natomiast udało mi się sporo kwestii ogarnąć. Nieważne, czy akurat przedzierałam się przez bieszczadzką mgłę, zalegałam na Rączkańskiej trawie czy oglądałam nierozwojowy serial, cały czas mój ptasi móżdżek pracował na ogólnożyciowe wnioski. Jak na niesamowitą szczęściarę przystało (serio, moje limity dzikiego fartu i wspaniałych ludzi przewijających się przez moje życie zdają się niewyczerpane), trafiłam na kilka osób, które – świadomie lub nie – przyczyniły się do nowych rozkmin, albo co najmniej – innego spojrzenia na stare problemy.
Tak więc radosny (hehe, pozdrawiam uczniów) miesiąc wrzesień zaczynam z (mglistą, ale jednak) wizją tego, co po pracy inżynierskiej, pomysłem na siebie (jak by to absurdalnie nie brzmiało, swoje dorzucił tu pewien serial familijny i reality show spod typu makeover. Anka, coś Ty ze mną zrobiła?), wizją tego, co chcę osiągnąć przez Erazmusa i dwoma nowymi wnioskami.
Po pierwsze, po raz kolejny przekonuję się dobitnie, że wszystko, co się dzieje, dzieje się dla mojego dobra. Choć doraźnie boli i piecze, z perspektywy czasu kopy w tyłek od siły wyższej mają znaczenie wybitnie motywujące i wychowawcze. No i nie jest na pewno przypadkiem fakt, że w dniu, w którym dostałam ostatecznego kosza, zaczęła się moja cudna przygoda z chórem gospel ;)
Po drugie, JESTEM STAAAAAAAARAAAAAAAA. Kilka lat młodsi faceci już nie są chłopcami, tylko mężczyznami (przynajmniej fizycznie :>). Co prawda słowa babci „z młodszymi chłopcami też się można dobrze bawić” (a wiedziała co mówi, dziadek był o pięć lat młodszy) ciągle dźwięczą w głowie, ale jednak wybieram zdrowy rozsądek ;]
Poza tym faceci dzielą się na tych, z którymi można spędzić życie (a oni, jak wiadomo, są zajęci), albo takich, którzy mogliby mi wyczyścić basen. Jak Puck z „Glee” ;]

***
W wersji faktograficznej, miniony miesiąc spędziłam w rozjazdach. Były więc:
- Bieszczady. Kilka uroczych dni spędzonych z kochanymi ludźmi z uczelni. Plus wycieczka do Lwowa, starcie z Ukraińską strażą graniczną (żolłnierze noszą naleśniki na głowach! -.-), porażające łapówkarstwo, szalony kierowca autokaru skazujący turystów na 6 godzin marznięcia w przemoczonych ciuchach…. No i prześliczne miasto jako takie :)
- Rączki. Almukantarat nigdy nie zawodzi; dwa tygodnie wśród ludzi, których uwielbiam są jak spa dla duszy, serio. Mimo stresu związanego z funkcją kwatermistrza (gdzie są klucze od pryszniców!? Kto pobrał ostatnią rolkę papieru toaletowego?) chodziłam jak na skrzydłach. Wykłócałam się o politykę, zarywałam nocę grając w głupie psychologiczne gry, poszturchiwałam się z Patesem i odkryłam, że nie ma dla mnie granicy obciachu, której nie przekroczę. Polecam się do organizacji osiemnastek w środku lasu ;] A skoro się o urodzinach zgadało – moje dwudzieste pierwsze były przewspaniałe na każdej płaszczyźnie :)
- Gniew. Po kilkunastu latach odwiedziłam jedno z najbardziej uroczych miejsc w Polsce, nierozerwalnie związane w mojej głowie z dzieciństwem. A przy okazji zepsułam sobie mózg pierwszy raz w życiu uczestnicząc w Lecie z Radiem. Sama nie wiem co było bardziej surrealistyczne – facet przebrany za fokę, dmuchane łososie norweskie, konkurs wieszania prania na czas czy koncert Stachursky’ego. Ale widok ludzi, którzy za darmo i względnie trzeźwo się bawią był budujący. A Gniew polecam każdemu, śliczny!

Aha, dla niedowidzących – blog się przebrał. Jakoś tak pastelowe kolorki na dłuższą metę bardziej odpowiadają mojej bezproblemowej naturze:)

Rakastan vapaapäivät

(Tytuł przypomina mi, że za pół roku wyjazd do Turku <3 <3 <3, a ja powinnam ruszyć fiński… Kiedyś. Niemniej tytuł głosi „Kocham wakacje” ;D)

Przejście z sesji do okresu zupełnego i niczym nieskrępowanego lenistwa powinno odbywać się stopniowo. Jestem niemal pewna, że nagła możliwość wyspania się i odetchnięcie od gonienia niczym kot z osolonym tyłkiem wywołuje coś w stylu szoku cieplnego, jak wyjście z syberyjskiego zimna osiedlowego supermarketu (niegdyś Globi – którą to nazwę mama uparcie odmieniała przez przypadki, dziś Carrefour Express; niezależnie od imienia charakteryzuje się klimatyzacją iście socjalistyczną – co najmniej 300% normy) na trzydziestostopniowy upał. Tak czy inaczej, jako że jestem niemal w samym środku wywczasu, z pewnym trudem jestem sobie w stanie wyobrazić jak to się stało, że zaledwie miesiąc temu sen był dobrem ściśle dozowanym. Chyba każdy studiujący zna tę rozkminę: „no tak… jak pójdę spać o trzeciej, to czeka mnie 4,5 godziny snu. Po zajęciach mogę sobie pozwolić na luksus max. godziny drzemki, a potem pisanie raportów do trzeciej”. A tu nagle okazuje się, że można się kłaść spać nie tylko o dowolnej porze, ale do tego nie ustawiać budzika na żadną konkretną godzinę! (Chwilowo pomijam fakt, że budzik przestał mnie budzić od pierwszego razu, więc przez ostatnie kilka miesięcy ustawiałam sobie pięć – sic! – alarmów w odstępach pięciominutowych, żeby w końcu któryś mnie dostatecznie zirytował żebym wstała) Funkcję budzącą oczywiście automatycznie przejął upał, bo gdy się ma pokój z oknami na wschód, to temperatura jest nieludzka już w okolicach ósmej. No, ale ostatecznie nic mnie do wstawania nie zmusza i jeśli lubię masochistyczne zabawy, to mogę się w łóżku (piekarniku?) wylegiwać do woli.
Pewną nowością jest też fakt, że obejrzenie odcinka serialu (lub właściwie dowolna mało produktywna czynność) przestaje być związane z poczuciem winy wynikającym z masy ważnych rzeczy, którymi powinno się zajmować w tym czasie. Oczywiście przez to prokrastynacja traci smaczek zakazanego owocu, ale i tak brytyjskie sitcomy i anime („Death note” <<<< „Cowboy Bebop”, ale i tak w miarę da radę) oglądane przy śniadaniu – nie będącym w pośpiechu wsuniętą kanapką, lecz czymś nieco bardziej złożonym – smakują nieźle:)
Najpiękniejsze jest jednak poczucie absolutnego braku presji do robienia czegokolwiek i związanego z tym pośpiechu. Nie znaczy to oczywiście, że nie robię nic – bo od końca sesji dni spędzone na niczym mogę policzyć na palcach jednej ręki – ale mogę pozwolić sobie na luksus życia w takim tempie, jakie mi pasuje. Mogę na dwie godziny pojechać do Konina, mogę się z Ciachem pobyczyć w przepięknym i ukochanym Parku Julianowskim, mogę z Mamą na Starym Rynku obejrzeć „Ziemię Obiecaną”, mogę pójść z Tatą na jazzowe koncerty. Wreszcie spotkałam się z przybranym rodzeństwem i nieraz popłakałam się ze śmiechu gadając z nimi o najgłupszych rzeczach, uczestniczyłam w paleniu notatek z inżynierii biochemicznej na pamiętnej imprezie mojego roku. Śpiewając na koncercie w Zelowie wreszcie odpuściłam sobie na tyle, żeby pląsać na scenie. I wśród wielu innych absurdalnych wydarzeń – poszłam ze znajomymi do Łagiewnik, gdzie oczywiście złapała nas wielka ulewa. A ja, totalnie przemoczona i przeszczęśliwa, zdjęłam okulary i hasałam po kałużach na Radogoszczu.
I przez cały czas mam poczucie, że to jest najlepszy z możliwych sposób wykorzystywania danego mi czasu. Bo chyba po to są te nienormalnie upalne miesiące, żeby nieco odkurzyć w sobie te cechy, o których się zazwyczaj zapomina. I chyba trochę zatęsknić za ciężką robotą – mnie w minimalnym stopniu troszkę tego brakuje :>

A teraz wybywam w Bieszczady, w dalszej perspektywie mając obóz, Gniew, Budapeszt… i nie wiadomo co jeszcze po drodze. Okazuje się, że na boskie plany turystyczne nie potrzeba dużo kasy, wystarczy cierpliwość do wyszukiwania tanich hosteli i promocyjnych usług PKP. Polecam każdemu! ^^

Where have I been?!

No no no, chyba zafundowałam sobie (i ewentualnym czytelnikom) najdłuższą przerwę w blogowaniu nie wywołaną Wielkim Postem. Jest mi nieco wstyd, więc może chociaż się jakoś szczątkowo wytłumaczę.
Najpierw był 10 kwietnia, który *ostatkiem dobrej woli powstrzymuje się od politykowania* jak by nie patrzeć był dniem, w którym ciężko było powiedzieć coś sensownego. W zasadzie śledztwem i rozmaitymi nagonkami z nim związanymi żyłam dość długo, a potem uczelnia zaczęła ze mnie wyciskać krwawy pot. Suma sumarum – jak już siadałam do komputera, to w celach czysto utylitarnych (pisanie raportów do 5 rano -.- Fak! Gary, muwałt!), i mimo szczerych chęci nie byłam w stanie wycisnąć z siebie żadnych pogodnych dykteryjek ;]
Tak czy inaczej – posucha się skończyła, a ja – mimo że jeszcze w piątek ostatni egzamin – czuję się luzacko i wakacyjnie, więc jestem w stanie krótko podsumować ostatnie (olaboga!) dwa miesiące.

1. Zaczęłam czytać zbyt duże ilości prasy, co zaowocowało wzrostem świadomości politycznej z poziomu bardzo niskiego na zwyczajnie niski. Udało mi się nawet mieć jakieś zdanie na temat wyborów w Wielkiej Brytanii, co naprawdę biorąc pod uwagę mój kretynizm socjopolityczny jest sporym osiągnięciem ;]
2. Na moje nieszczęście od rozpoczęcia kampanii wyborczej (o ile te niemrawe działania można tak nazwać… no, ale nie jesteśmy krajem na miarę „Yes, you can”) wdaję się w facebookowe dyskusje. Oprócz tego, że pewnie dorobię się przy tym wrzodów żołądka, przekonałam się na własnej skórze, że nic tak nie zmusza do sprecyzowania własnego stanowiska jak konieczność konfrontacji. Tak więc Aniu, możesz sobie przypisać zasługę za to, że jestem może nie bardziej skrajnym, ale na pewno bardziej samoświadomym lewakiem niż dotychczas :)
A „Krytyka Polityczna” bywa naprawdę sensownym magazynem, pomijając kwestie obyczajowości, które mi nie w pełni leżą. No, ale co ma począć lewicowa katoliczka, dla której nie istnieje żadna formacja polityczna? ;)
3. Przedmioty na tym semestrze miałam na tyle ciekawe, że nie tylko zaczęła mi się sklejać w całość wizja mojej przyszłej pracy (o ile, odpukać, znajdę pracę w zawodzie, a nie sektorze IT, z całym szacunkiem dla kolegów z branży :D), ale jestem o wiele bliżej do ogarnięcia czym tak naprawdę jest biotechnologia. I przez znaczną większość czasu mam cudowne poczucie, że dobrze wybrałam kierunek studiów :)
Co nie znaczy, że biologia ewolucyjna nie pozostaje niespełnionym marzeniem na kiedyś tam. A na uniwersytecie trzeciego wieku pójdę na religioznawstwo ze wskazaniem na protestantyzm, o!
4. Srogo brzmiący „Problem-Based Learning”, który wycisnął mnie jak tubkę pasty do zębów (wschód słońca za oknem i laptop przede mną… awsum), oprócz ważkiej wiedzy praktycznej nt. hodowli halofilnych glonów, nauczył mnie gro nt. piekła pracy zespołowej. Grupa była urocza i kochani chłopcy dostarczyli nieskończonej ilości okazji do płaczu ze śmiechu, a nasz opiekun jest prawdopodobnie największym luzakiem Politechniki Łódzkiej, nie zmienia to jednak faktu, że zagonienie sześciu osób do roboty bez straszenia dekapitacją bywa mało wykonalne. A kiedy się jednocześnie usiłuje mieć autorytet i być sympatycznym, zaczyna być karkołomnie. Niemniej jednak władze mojego wydziału mogą być dumne ilością zdobytych przeze mnie umiejętności miękkich ;)
5. W sprawach prywatnych wkroczyłam w okres post-telenowelowy; wszelkie zadry i smutki przeszły płynnie i stosunkowo bezboleśnie we w miarę normalne relacje międzyludzkie, a ja obserwując znajome pary zaczynam mieć niejasne przeczucie, że to może nie do końca być dla mnie. Oczywiście mam normalne rodzinno-macierzyńskie odruchy, ale okres gimnazjalnego „jak nie znajdę chłopaka, to będę się czuła nikomu niepotrzebna, a moje życie straci sens” został daleko za mną.
6. Peter F – będący pod wieloma względami ucieleśnieniem stereotypu typowego wokalisty gospel, a w moim prywatnym rankingu jednym z bardziej inspirujących ludzi jakich poznałam – ustawił mi w głowie parę spraw związanych z moim śpiewaniem. Dotarło do mnie, że specyfika naszej muzyki jest taka, że nie tylko sprawia, że cżłowiek nabiera ochoty do klaskania i gibania się, ale ona może porządnie zmienić tych, którzy nas słuchają. I choćby z tego powodu nie ma innej opcji niż dawać z siebie 100%, mimo że mój talent muzyczny występuje w ilościach śladowych.
Co z resztą można łatwo przetransponować na każde inne uzdolnienia; wiecznie walczę o to, żeby lenistwo nie torpedowało moich prób wcielenia w życie przypowieści o talentach ;)
7. Jeśli już się o muzyce zgadało, to od co najmniej miesiąca pozostaję urzeczona genialnym w swej prostocie zespołem The Strokes (żeby nie zaniżać jeszcze bardziej poziomu tej notki chwilowo udam, że niezaprzeczalna boskość ich wokalisty Juliana nie ma tu żadnego wpływu ;D), który to znacznie dominuje moje listy odtwarzania. Dzień bez Strokesów dniem straconym! ;D
Przy okazji przypomniało mi się czemu kocham prostego, melodyjnego rocka i robię sobie wycieczki w stronę The Killers, Arctic Monkeys (dopiero teraz doceniłam ich trzecią płytę)… i wszystkiego, co się nawinie. A że Hanson i Rooney, dwa moje ukochane zespoły, wydali nowe boskie płyty, moje uszy (po których niejednokrotnie musiał się przespacerować słoń) są w pełni dopieszczone:)
8. Podróżowałam sobie po kraju, w odwiedzinach u rodziny, znajomych oraz śpiewając na ślubach (srsly… obawiam się że to w którymś momencie spowszednieje, choć na razie mi daleko). Okazuje się, że trzymiesięczne niemowlęta są fajne, a warszawską Starówkę daje się lubić:)
9. Tradycyjnie – uwielbiam moich przyjaciół w całej rozciągłości i o każdej porze.
10. Nie znosząc upałów rozkoszują się wakacyjną aurą i lubię patrzeć na ludzi, którym wreszcie nigdzie się nie spieszy.
11. Uprawiam farmę na fejsie ;D Poziom 47, patologia;)
12. W międzyczasie oglądam za dużo filmów i seriali i oczywiście czytam. Jak lenistwo pozwoli, to na dniach trochę porecenzuję na worpressie:)

Bumped into my past

Dziwne uczucie. Wczoraj spotkałam się z kimś, kto jakieś dwa i pół roku temu wydawał mi się najważniejszy, najniezwyklejszy, Mimo Że Na Złej Drodze To Jednak Coś Wart i tak dalej. Spotkanie o tyle dziwne, że naprawdę przez moment poczułam się, jakbym się cofnęła w czasie. Bo on był dokładnie taki sam, tak samo nieogarnięty w najważniejszych kwestiach i marnujący swój potencjał. A mimo to pozostał jedną z niewielu osób, która zadaje mi pytanie „Jak tam naukowe osiągnięcia, Olu?” i jest ciekaw odpowiedzi. Bo w jakiś niepojmowalny dla mnie sposób jesteśmy do siebie podobni w tym jednym, że cenimy sobie wartość dociekań na tematy zupełnie nie mające zastosowań w praktyce (matematyka tudzież ezoteryczne aspekty biologii ewolucyjnej).
Zawsze mnie dziwi jak bardzo dostrzega się zmiany w samym sobie właśnie przez spotkania z dawnymi znajomymi. Nagle mnie uderzyło ile we mnie zaszło od tamtego czasu. Poza tym rzecz ciekawa – kiedyś nie wyobrażałam sobie jak to będzie nie widywać go codziennie, nie mieć go jako stałego elementu życia. Nasze pożegnanie wydawało mi się wielkim dramatem, po którym miało nie być życia. A okazało się, że tak naprawdę teraz jest lepiej niż kiedykolwiek. Hm, patrzenie na „życiowe dramaty” z perspektywy dwóch lat naprawdę sprawia, że trudno je brać na poważnie ;D

A wracając do okoliczności wczorajszego spotkania – wczoraj byłam na jednej z lepszych imprez, jakie pamiętam. Oczywiście wybitnie nie chciało mi się iść i planowałam być maksimum do pierwszej, więc do domu dotarłam o czwartej rano ;D Cytując klasykę youtube’a, melanż zbyt epicki. Domniemane rozgonienie imprezy przez policję, wciąganie przyprawy „Kucharek” (o zgrozo, rzuciłam to żartem, a kolega wziął to na poważnie) i absurdalne uszkodzenia ciała… uwielbiam ludzi z roku ;]

PS. — Reklama — Nowa notka na worpressie — Koniec reklamy —

Time of joy


Wszystkim czytającym tego bloga, a którym do tej pory nie złożyłam życzeń w innej formie (wątpię czy są tacy ;D dziwnym trafem 99,9% czytelników i tak stanowią ludzie, których znam osobiście. Ale ten 0,1% też jest szalenie ważny! ^^) niniejszym życzę przede wszystkim radości. Jeśli nie tej o podłożu religijnym (tak, staram się widzieć coś poza moim moherowym beretem, choć im jestem starsza, tym trudniej ;D), to płynącej z tego prostego faktu, że ciągle tyle przed nami. Wiadomo, że tylko skrajny idiota patrzy w przyszłość jako na ciąg uroczych wydarzeń i nieustannego unoszenia się na różowej chmurce, ale jednego można być absolutnie pewnym – że coś dobrego się wydarzy. Może już zaraz. Czy ta świadomość nie jest dostatecznie wspaniała? ^^

***

Wielki Post, oprócz rozkmin odpowiadających charakterowi tego okresu (których było za mało, ech >.<), obfitował w sporo wydarzeń i spostrzeżeń natury wszelakiej. Tak więc: (ja wiem, wypunktowane listy są nudniejsze niż narracja, ale konia z rzędem temu, który wydarzenia z różnych dziedzin połączy w epicką opowieść)
 - Poniekąd zabawna telenowela IFE miała kilka zwrotów akcji, może niekoniecznie z początku po mojej myśli, ale z perspektywy czasu – niegłupich. Przy okazji okazuje się, że nie ma większej różnicy między studiami i gimnazjum oraz TAK, życie jest serialem równie kiepskim co Grey’s Anatomy ;)
 - 12 godzin zajęć z rzędu daje się przeżyć! W tym semestrze znaczna większość zajęć jest ciekawa, a wykładowcy jakby nieco mniej psychotyczni. Inna rzecz, że biochemia sprawiła, że nigdy nie spojrzę na Maggi tak samo, nie mówiąc już o bulionie drobiowym. (To już jest smutne, dziś robiąc świąteczny obiad -indyk z ananasem, specjalność Oli- przeżyłam małą traumę widząc kostkę rosołową. Bo ja w tym wykrywałam kwasy nukleinowe -.-) Poza tym obcokrajowcy urozmaicają życie, zwłaszcza jeśli są hiszpanem rozumiejącym elektronikę lub belgijskim laborantem, którego można rozbierać wzrokiem ;]
 - Okazuje się, że śpiewanie w chórze jest jedną z lepszych rzeczy, które mogły mi się przydarzyć. Tym bardziej, że na naszym koncercie były istne tłumy, z czego tak z połowę stanowili moi znajomi ;) I pomijając fakt, że uwielbiam śpiewać, że uwielbiam śpiewać na ten konkretny temat, to jeszcze mogłam mieć tylu ukochanych ludzi w jednym miejscu ^^ Do nirwany zabrakło tylko moich pozałódzkich słoneczek, ale szczęście i tak było pełne ^^ Aha, filmiki z koncertu dostępne na youtube, gdyby znalazł się ciekawy:)
 - Po wzmiankowanych 12 godzinach zajęć nie ma mowy o czymś wymagającym intelektualnie, dlatego w ramach resetowania mózgu zaczęłam oglądać nienormalne ilości seriali i anime. W kwestii tego drugiego:
COWBOY BEBOP.
Skończyłam dziś, jakąś godzinę temu. O…. rany. Wgniotło mnie w krzesełko i jestem przekonana, że bardzo dawno nie widziałam czegoś tak dobrego. Polecam każdemu, nawet jeśli myśl o japońskiej animacji wywołuje u was torsje ;)

Tyle na dziś, kolejny wymiot werbalny niebawem :D

*leci oglądać bzdury*

Ale zanim pójdę

I znów budzę się z ręką w nocniku; za kwadrans środa popielcowa, więc muszę tu napisać choć tyle – znikam z internetu do końca Wielkiego Postu. Wszystkim ten zwyczaj polecam ;D

Aha – sesja zdana (byle jak, ale bez poprawek), organizowane przeze mnie zimowisko się udało, grzywka podcięta, pierwszy rentgen w życiu za mną. Oglądam seriale, uwielbiam moich znajomych, kupuję kolejne cudeńka z Body Shopu, przyzwyczajam się do bezkrólewia w moich sprawach, ehm, sercowych. No i oglądam Vancouver ^^

Stop keeping track

W punktach, bo ja ciągle w niedoczasie, prokrastynacja mnie niszczy.

1. Sesja jest marnym pomysłem. Sesja plus chorowanie jest podwójnie marna, nikomu nie polecam. Ale jeszcze tylko tydzień (i kolokwium z chemii fizycznej, a potem egzaminy z organicznej i inżynierii biochemicznej :/) i będzie po wszystkim. Oby.
2.
Tydzień temu pierwszy raz śpiewałam z moim chórem, co było wspaniałe, cudowne, budujące i radosne; wytrwale spamuję znajomych filmikami z tegoż, ale gdyby jakimś cudem do Was nie dotarło moje samochwalstwo – służę linkami ;D
3. Jestem bardzo ostrożna w szafowaniu słowem przyjaciel; w Stanach (fuj) każdy, z kim lubisz spędzać czas awansuje na „frienda”, więc tytuł jest mało zaszczytny. Dla mnie przyjaźń zaczyna się, kiedy można zadzwonić o późnej porze, powiedzieć „ej… źle mi, przygarnijcie mnie”… i jest się przygarniętym :)
… I kurczę, mam nowych przyjaciół ^^
Cytat wieczoru:
- Pamiętaj, jesteśmy ZUPA.
- …?
- Zabawianie, upijanie, programowanie.
- A co z „A”?
- Jeszcze nie wiemy, myślimy nad tym.

4.

I might have to wait
I’ll never give up
I guess it’s half timing
And the other half’s luck

Ach, ten Bublé ;)

5. Życie wydaje się dwa razy lepsze gdy wyjdzie się ze sklepu (Artykuły kolonialne „Ostatni cesarz”, ta nazwa mnie rozwala ;D) z nowymi aromatyzowanymi herbatami. „Blue moon” i „Pachnący duet”, mrrrrr ^^

There’s no void

Parę dni temu miałam już gotową notkę… i zamiast „publikuj” wcisnęłam coś innego. Tak więc ominęła Was wątpliwa przyjemność czytania najnowszych nowinek z zaśnieżonego miasta Łodzi – ale tym razem nie ma tak łatwo. Krótko bo krótko, ale zdam raport (raport… nie. to złe słowo. Od razu mam przed oczami godziny spędzone na wyklinaniu OpenOffice Calc-a… bo MS Office śmierdzi capem) z aktualnego stanu mojego umysłu, tuż przed sesją.

Ale nie będę mówić o uczelni, może dlatego że – paradoksalnie – ostatnio wszystko inne pochłania mnie bardziej. Co może nie jest zbyt rozsądne, bo ocen nie mam zadowalających (przerost ambicji; na szczęście maleje z wiekiem) – ale chrzanić, nie wypruję z siebie żył tylko po to, żeby uraczono mnie kolejnym groszowym stypendium ;D

Więc koniec z marudzeniem, czas na meritum. Otóż jedną z rzeczy, które uwielbiam w życiu – a jest ich wiele, bo nadal jestem radosnym (choć złośliwym) debilem afirmującym rzeczywistość – jest to, że nie znosi ono próżni. Po raz sama nie wiem który Bóg zamknął drzwi, ale za to otworzył okno – i to na oścież, z pięknym widokiem. Ja chyba mam niewiarygodnie dużo szczęścia, bo za każdym razem, gdy się trochę poturbuję – a nie chcę zwalać winy na osoby postronne, bo krzywdę zazwyczaj robią mi własne zawiedzione nadzieje i nierealne oczekiwania, nie inni ludzie – lekarstwa na ten stan rzeczy znajdują się natychmiast. Nie będę po raz kolejny piać na temat przyjaciół, bo im właściwie należy się dziękowanie 24/7 i oni o tym dobrze wiedzą, ale chodzi o takie zupełnie zwykłe sprawy. Nagle okazuje się, że śpiew sprawia mi niesamowitą radość. Moje bożyszcze od paru lat – Jewgienij Pluszczenko – nie tylko wraca do łyżwiarstwa, ale zostaje mistrzem Europy. Masa pierdół, które osobno nie znaczą nic, ale razem na zasadzie synergii sprawiają, że „there’s no better place to be”.
A ostatnio to się nawet nie skręciłam z bólu w sytuacji, w kŧórej dotąd mnie bolało! ^^

***

PS. Wczoraj minęło sześć lat odkąd zaczęłam zaśmiecać internet moimi wynurzeniami. W sumie czytanie notek z pierwszych miesięcy stanowi przeżycie z gatunku „żałosne acz zabawne”, niemniej nie żałuję że kiedyś wydałam te 8 złotych ;] Internetowy ekshibicjonizm daje radę :D