| Stop keeping track W punktach, bo ja ciągle w niedoczasie, prokrastynacja mnie niszczy. 1. Sesja jest marnym pomysłem. Sesja plus chorowanie jest podwójnie marna, nikomu nie polecam. Ale jeszcze tylko tydzień (i kolokwium z chemii fizycznej, a potem egzaminy z organicznej i inżynierii biochemicznej :/) i będzie po wszystkim. Oby. 2. Tydzień temu pierwszy raz śpiewałam z moim chórem, co było wspaniałe, cudowne, budujące i radosne; wytrwale spamuję znajomych filmikami z tegoż, ale gdyby jakimś cudem do Was nie dotarło moje samochwalstwo - służę linkami ;D 3. Jestem bardzo ostrożna w szafowaniu słowem przyjaciel; w Stanach (fuj) każdy, z kim lubisz spędzać czas awansuje na "frienda", więc tytuł jest mało zaszczytny. Dla mnie przyjaźń zaczyna się, kiedy można zadzwonić o późnej porze, powiedzieć "ej... źle mi, przygarnijcie mnie"... i jest się przygarniętym :) ... I kurczę, mam nowych przyjaciół ^^ Cytat wieczoru: - Pamiętaj, jesteśmy ZUPA. - ...? - Zabawianie, upijanie, programowanie. - A co z "A"? - Jeszcze nie wiemy, myślimy nad tym. 4. I might have to wait I'll never give up I guess it's half timing And the other half's luck Ach, ten Bublé ;) 5. Życie wydaje się dwa razy lepsze gdy wyjdzie się ze sklepu (Artykuły kolonialne "Ostatni cesarz", ta nazwa mnie rozwala ;D) z nowymi aromatyzowanymi herbatami. "Blue moon" i "Pachnący duet", mrrrrr ^^ Tagi: cytaty, sesja, przyjaciele, gospel The rest is still unwritten... 2010-01-30 00:32:45 skomentuj (4) ^ w górę! ^ There's no void Parę dni temu miałam już gotową notkę... i zamiast "publikuj" wcisnęłam coś innego. Tak więc ominęła Was wątpliwa przyjemność czytania najnowszych nowinek z zaśnieżonego miasta Łodzi - ale tym razem nie ma tak łatwo. Krótko bo krótko, ale zdam raport (raport... nie. to złe słowo. Od razu mam przed oczami godziny spędzone na wyklinaniu OpenOffice Calc-a... bo MS Office śmierdzi capem) z aktualnego stanu mojego umysłu, tuż przed sesją. Ale nie będę mówić o uczelni, może dlatego że - paradoksalnie - ostatnio wszystko inne pochłania mnie bardziej. Co może nie jest zbyt rozsądne, bo ocen nie mam zadowalających (przerost ambicji; na szczęście maleje z wiekiem) - ale chrzanić, nie wypruję z siebie żył tylko po to, żeby uraczono mnie kolejnym groszowym stypendium ;D Więc koniec z marudzeniem, czas na meritum. Otóż jedną z rzeczy, które uwielbiam w życiu - a jest ich wiele, bo nadal jestem radosnym (choć złośliwym) debilem afirmującym rzeczywistość - jest to, że nie znosi ono próżni. Po raz sama nie wiem który Bóg zamknął drzwi, ale za to otworzył okno - i to na oścież, z pięknym widokiem. Ja chyba mam niewiarygodnie dużo szczęścia, bo za każdym razem, gdy się trochę poturbuję - a nie chcę zwalać winy na osoby postronne, bo krzywdę zazwyczaj robią mi własne zawiedzione nadzieje i nierealne oczekiwania, nie inni ludzie - lekarstwa na ten stan rzeczy znajdują się natychmiast. Nie będę po raz kolejny piać na temat przyjaciół, bo im właściwie należy się dziękowanie 24/7 i oni o tym dobrze wiedzą, ale chodzi o takie zupełnie zwykłe sprawy. Nagle okazuje się, że śpiew sprawia mi niesamowitą radość. Moje bożyszcze od paru lat - Jewgienij Pluszczenko - nie tylko wraca do łyżwiarstwa, ale zostaje mistrzem Europy. Masa pierdół, które osobno nie znaczą nic, ale razem na zasadzie synergii sprawiają, że "there's no better place to be". A ostatnio to się nawet nie skręciłam z bólu w sytuacji, w kŧórej dotąd mnie bolało! ^^ *** PS. Wczoraj minęło sześć lat odkąd zaczęłam zaśmiecać internet moimi wynurzeniami. W sumie czytanie notek z pierwszych miesięcy stanowi przeżycie z gatunku "żałosne acz zabawne", niemniej nie żałuję że kiedyś wydałam te 8 złotych ;] Internetowy ekshibicjonizm daje radę :D Tagi: urodziny bloga, łyżwiarstwo figurowe, jewgienij pluszczenko The rest is still unwritten... 2010-01-21 23:33:56 skomentuj (0) ^ w górę! ^ Inflection point I znów robię sobie trudne do nadrobienia zaległości w pisaniu o moich (ach! jakże zapierających dech w piersiach!) przygodach. A tym razem naprawdę jest o czym, szkoda tylko że nie wiem jak ;D Anyway... W dniu ustawowo przewidzianym odbyła się impreza sylwestrowa u Szachisty (a propos odpowiedniej daty: okrzyk Meg "który dzisiaj!?" - bezcenny ;D Ale i tak Cię kochamy ;D) - i wyszła tak, jak oczekiwałam, tak, jak powinna i przede wszystkim dokładnie tak, jak potrzebowałam. Do Warszawy pojechałam w stanie... hm, mało stabilnym, z dziką ochotą na rozwalanie samochodów pewnej marki ("I bust the windows out your car, and no it didn't mend my broken heart" *zawodzi*) i skłonnością do płaczu z byle powodu (co nie jest u mnie jakąś rzadkością, się człowiek urodził z oczami w mokrym miejscu to tak jest). Jak zwykle, moja almurodzina dała mi poczucie że kocha mnie bez zastrzeżeń, choć z dużą dozą złośliwości ;) Poza tym okazało się, że tradycyjnie najlepsze rozmowy podczas imprez toczą się w kuchni, a robione tam frytki nie mają większej szansy opuścić tego pomieszczenia. Jednym pod wpływem napojów wysokoprocentowych uruchomił się agresor, innym szczerość, ktoś wzniósł toast za stopy metali ciężkich (Ani: "O kurwa..."), ale i tak było przepysznie :) Aha, Warszawa mnie absolutnie przytłacza. Niby nie wychowałam się w Pipidowie, ale zawsze po wyjściu z ohydnych podziemi Warszawy Cmentarnej czuję się mała, zagubiona i oszołomiona wszystkim wokół. Niemniej na swój sposób jest to miłe uczucie, chociaż na dłuższą metę mogłabym dostać ostrych jazd od mieszkania w Stolycy ;) *** Uczelnia tradycyjnie daje w kość ilością zaliczeń wszelakich, ale do tego już mnie trzeci semestr zdołał przyzwyczaić. Porzuciłam myśli o prymusowaniu i ograniczyłam się do przetrwania, co pomogło oszczędzić sobie szybkiego siwienia i wrzodów na żołądku. Poza tym i tak kto by miał czas na martwienie się nauką, gdy życie towarzyskie osiąga stopień absurdu i zakręcenia godny oper mydlanych w stylu "Grey's Anatomy". Najlepszy scenarzysta by nie wymyślił tego, co jest w stanie z relacjami międzyludzkimi wyczyniać grupka mniej niż dziesięciu osób tuż po dwudziestce ;> Tak czy inaczej, po licznych rozkminach, żalach, obgadywaniach, esemesach o drugiej w nocy, rozmowach w aucie (hyhy :>) i płaczach w wannie wszelkie wątki zyskały finał o ile nie szczęśliwy, to przynajmniej jednoznaczny :) Takie mid-season finale, mówiąc gwarą serialowych geeków ;D (Do których chyba się już zaliczam, bo regularnie ludzie się ze mnie śmieją że nie ma serialu z którym nie byłabym na bieżąco :>) Mój wątek - postać poboczna, robiąca za źródło komizmu sytuacyjno-słownego - jest z gatunku tych, co nie zakończyły się za dobrze, ale za to jednoznacznie. Obecnie usiłuję doceniać wróbla w garści, bo gołąb jest na dachu poza moim zasięgiem ;) Niemniej jako że jestem w nienormalnym stopniu pogodna (kiedy nie budzi się demon PMS-a ;D), to wiem że podołam i nieźle się odnajdę w tej sytuacji. No bo co innego robić? Werter był pipką. I chyba nie bardzo się troszczył o to, jak cyrki które wyczyniał mogłby wpływać na nastrój Lotty - więc nie biorę z niego przykładu ;P Poza tym - "W życiu najlepiej, kiedy jest nam dobrze i źle. Kiedy jest nam tylko dobrze - to niedobrze" (ks. Twardowski). Więc jeśli przyjmiemy, że niedobrze jest w sferze uczuciowej (a nie ma tragedii. W końcu wróbel w garści to jest bardzo dużo. Bo to jest uroczy i porządny wróbel ;D Co nie przeszkadza mi wylewać wiadereczek łez, ale ćśśś...), to w każdej innej jest naprawdę świetnie. Coraz częściej czuję, że jest mi dobrze tu, gdzie jestem, że znajduję swoją niszę i są tacy, którzy mnie lubią i potrzebują. No i wreszcie śpiewam. :) *** Gratulacje dla wszystkich, którzy przetrwali ten słowotok :) Tagi: uczelnia, sylwester, przyjaciele, gospel The rest is still unwritten... 2010-01-09 00:15:17 skomentuj (3) ^ w górę! ^ You gotta be pensive... once a year Oczywiście tak się jakoś składa, że kiedy siadam to rozmyślań nad minionym rokiem, to dzieją się rzeczy, które sprawiają że nie mam szans na obiektywizm, ale podejmę trud niemyślenia o kilku minionych dniach i ogarnięcia sprawy całościowo ;] Zanim jednak wpadnę w sentymentalny nastrój, luźna refleksja. Z pewnymi rzeczami w życiu jest jak z jazdą na rowerze. Wiadomo, że żeby się nauczyć dobrze jeździć, trzeba parę razy spaść i obić tyłek, ale potem się tego nie pamięta, bo cel został osiągnięty. Ostatnio spadłam z rowerka i trochę tyłek boli i kolana się starły, ale mówię sobie że za parę miesięcy nie będę pamiętać że wylałam kubełek łez, tylko będę troszkę mądrzejsza. O ile wcześniej nie dopadnie mnie demencja starcza i nie zacznę się uwsteczniać ;) Ale do rzeczy - kiedy porównuję ten rok z poprzednim, zdecydowanie widać tendencję wznoszącą. Z resztą trudno żeby było inaczej, bo 2008 dał mi porządnie w kość i cięzko byłoby go pobić w ilości nieciekawych wydarzeń ;) Niemniej jednak pierwsze miesiące tego roku spędziłam wygrzebując się spod powstałego bajzlu i starając się jakoś poukładać priorytety. Chyba wyszło, bo mogę powiedzieć że wiem na czym stoję, komu warto ufać, do kogo można dzwonić w środku nocy i czym nie warto się przejmować. Ponadto odkryłam w sobie nowe pokłady lenistwa, ale to się wytnie ;D Potem było już tylko lepiej, sama wybrałam się za granicę (do głowy by mi nie przyszło, że tak polubię Berlin i że *wzdycha* za nim będę tęsknić), na dobre zadomowiłam się na IFE, spełniłam Almumarzenie (a nawet rzeczywistość mnie przerosła; ja w Radzie Klubu?!), nauczyłam się gotować (trochę), śmiałam się, płakałam, wracałam do domu o czwartej rano, śpiewałam, zakochałam się "without hope or agenda", nauczyłam się masy mniej lub bardziej potrzebnych rzeczy... A co najważniejsze, ani przez chwilę nie czułam się z tym wszystkim sama, za co dziękuję wszystkim, którzy to sprawili :) A jutro bauns w przebrzydłej Stolycy (którą chyba z wiekiem lubię coraz bardziej, ale nie na tyle żeby być w stanie tam zamieszkać); i tym razem na prawdę mam cekiniaste wdzianko ;D A co tam, jak obciach, to tylko w dobrym towarzystwie ^^ Tagi: 2009, sylwester, podsumowanie The rest is still unwritten... 2009-12-30 15:23:57 skomentuj (0) ^ w górę! ^ It's Christmas time, there's no need to be afraid Zanim napiszę cokolwiek więcej, przede wszystkim: ![]() Jeśli ktoś z Was miałby ochotę mi czegoś życzyć, to ja poproszę odwagi. Ostatnie tygodnie (właściwie to ostanie dwadzieścia lat, ale ostatnie tygodnie w wielkim stopniu) wybitnie dowodzą, że z moją gotowością do podejmowania drastycznych kroków bywa różnie. W kwestii uczelniano-formalnej jestem raczej pewna siebie, czasem nawet do przesady. Można mnie wypychać do urabiania wykładowców, na lidera wszelkich prac w grupach pcham się sama (mimo że praca w grupach budzi u mnie ostry sprzeciw), żenujące wejścia w stylu głupich ciuchów i publicznego wydurniania się też nie stanowią problemu. No, ale sytuacja, w której znajduję się obecnie wymaga zupełnie innego rodzaju odwagi - którego, jak się okazuje, nie posiadam ;] W ogóle od kiedy skończyły się maratony kolokwium-laborki-raport-cholerawiecojeszcze mam za dużo czasu na myślenie o moim *ehem* życiu osobistym. I naprawdę, trudno nie zauważyć że od tego, czy coś konkretnego teraz zrobię (nawet ryzykując spory zawód i konieczność chodzenia w torbie na głowie żeby mnie nikt nie rozpoznał) zależy bardzo wiele. Na przykład to, czy będę przez następne x lat uważać, że ze strony facetów za wiele mnie nie czeka i godzić się z myślą o staropanieństwie ;]* *** Jak zapewne widać, od ostatniej porządnej notki upłynęło sporo czasu. Ewentualni czytelnicy nie stracili za wiele, bo wszelkie zdarzenia, o których warto by pisać przez ostatni miesiąc właściwie nie istniały ;) Istniało za to zbyt dużo zaliczeń, laborek i raportów. Okazało się, że arkusze kalkulacyjne są tworami żyjącymi własnym życiem, preparowanie wyników jest dobrą metodą na sukces doświadczenia, na wdychanie trucizn przez 3 godziny daje się uodpornić, sprzęt laboratoryjny znika (serio), a w dwie godziny idzie się wyspać. Ponadto jakimś cudem nie stałam się socjopatką, wręcz przeciwnie - polubiłam sporo osób jeszcze bardziej niż dotąd, gdzieś po drodze z andrzejkowych wróżb wyszedł mi oszałamiający sukces miłosny (i gdzież on? ;D), kwikałam z kumpelą nad Jacobem z "Księżyca w nowiu", a przedwczoraj wzruszyłam się, bo mogłam się przełamać opłatkiem z ludźmi, którzy w przeciągu tego roku stali się ważni. Jest dobrze. I istnieje szansa na to, że będzie o wiele, wiele lepiej ^^ * Aha, bo ja jestem osobą, która (damn! Moja przeklęta dewocja!) uważa, że nie każdy ma swoją drugą połówkę i nie każdemu jest pisane wyhodować gromadkę pociech z Tym Jedynym. Inna sprawa, że nie palę się szczególnie do celibatu, ale nie uważam takiego rozwiązania za życiową porażkę :) Tagi: boże narodzenie The rest is still unwritten... 2009-12-23 22:38:53 skomentuj (3) ^ w górę! ^ |
Tagi almu boże narodzenie choroba codzienne cytaty fandom filmy finlandia harry potter jewgienij pluszczenko k. lednica literatura mamut muzyka podsumowanie pożegnanie praca przyjaciele rodzina sesja skoki narciarskie sylwester szablon szkoła uczelnia urodziny bloga wakacje wielkanoc łyżwiarstwo figurowe |