Rakastan vapaapäivät


(Tytuł przypomina mi, że za pół roku wyjazd do Turku <3 <3 <3, a ja powinnam ruszyć fiński... Kiedyś. Niemniej tytuł głosi "Kocham wakacje" ;D)

Przejście z sesji do okresu zupełnego i niczym nieskrępowanego lenistwa powinno odbywać się stopniowo. Jestem niemal pewna, że nagła możliwość wyspania się i odetchnięcie od gonienia niczym kot z osolonym tyłkiem wywołuje coś w stylu szoku cieplnego, jak wyjście z syberyjskiego zimna osiedlowego supermarketu (niegdyś Globi - którą to nazwę mama uparcie odmieniała przez przypadki, dziś Carrefour Express; niezależnie od imienia charakteryzuje się klimatyzacją iście socjalistyczną - co najmniej 300% normy) na trzydziestostopniowy upał. Tak czy inaczej, jako że jestem niemal w samym środku wywczasu, z pewnym trudem jestem sobie w stanie wyobrazić jak to się stało, że zaledwie miesiąc temu sen był dobrem ściśle dozowanym. Chyba każdy studiujący zna tę rozkminę: "no tak... jak pójdę spać o trzeciej, to czeka mnie 4,5 godziny snu. Po zajęciach mogę sobie pozwolić na luksus max. godziny drzemki, a potem pisanie raportów do trzeciej". A tu nagle okazuje się, że można się kłaść spać nie tylko o dowolnej porze, ale do tego nie ustawiać budzika na żadną konkretną godzinę! (Chwilowo pomijam fakt, że budzik przestał mnie budzić od pierwszego razu, więc przez ostatnie kilka miesięcy ustawiałam sobie pięć - sic! - alarmów w odstępach pięciominutowych, żeby w końcu któryś mnie dostatecznie zirytował żebym wstała) Funkcję budzącą oczywiście automatycznie przejął upał, bo gdy się ma pokój z oknami na wschód, to temperatura jest nieludzka już w okolicach ósmej. No, ale ostatecznie nic mnie do wstawania nie zmusza i jeśli lubię masochistyczne zabawy, to mogę się w łóżku (piekarniku?) wylegiwać do woli.
Pewną nowością jest też fakt, że obejrzenie odcinka serialu (lub właściwie dowolna mało produktywna czynność) przestaje być związane z poczuciem winy wynikającym z masy ważnych rzeczy, którymi powinno się zajmować w tym czasie. Oczywiście przez to prokrastynacja traci smaczek zakazanego owocu, ale i tak brytyjskie sitcomy i anime ("Death note" <<<< "Cowboy Bebop", ale i tak w miarę da radę) oglądane przy śniadaniu - nie będącym w pośpiechu wsuniętą kanapką, lecz czymś nieco bardziej złożonym - smakują nieźle:)
Najpiękniejsze jest jednak poczucie absolutnego braku presji do robienia czegokolwiek i związanego z tym pośpiechu. Nie znaczy to oczywiście, że nie robię nic - bo od końca sesji dni spędzone na niczym mogę policzyć na palcach jednej ręki - ale mogę pozwolić sobie na luksus życia w takim tempie, jakie mi pasuje. Mogę na dwie godziny pojechać do Konina, mogę się z Ciachem pobyczyć w przepięknym i ukochanym Parku Julianowskim, mogę z Mamą na Starym Rynku obejrzeć "Ziemię Obiecaną", mogę pójść z Tatą na jazzowe koncerty. Wreszcie spotkałam się z przybranym rodzeństwem i nieraz popłakałam się ze śmiechu gadając z nimi o najgłupszych rzeczach, uczestniczyłam w paleniu notatek z inżynierii biochemicznej na pamiętnej imprezie mojego roku. Śpiewając na koncercie w Zelowie wreszcie odpuściłam sobie na tyle, żeby pląsać na scenie. I wśród wielu innych absurdalnych wydarzeń - poszłam ze znajomymi do Łagiewnik, gdzie oczywiście złapała nas wielka ulewa. A ja, totalnie przemoczona i przeszczęśliwa, zdjęłam okulary i hasałam po kałużach na Radogoszczu.
I przez cały czas mam poczucie, że to jest najlepszy z możliwych sposób wykorzystywania danego mi czasu. Bo chyba po to są te nienormalnie upalne miesiące, żeby nieco odkurzyć w sobie te cechy, o których się zazwyczaj zapomina. I chyba trochę zatęsknić za ciężką robotą - mnie w minimalnym stopniu troszkę tego brakuje :>

A teraz wybywam w Bieszczady, w dalszej perspektywie mając obóz, Gniew, Budapeszt... i nie wiadomo co jeszcze po drodze. Okazuje się, że na boskie plany turystyczne nie potrzeba dużo kasy, wystarczy cierpliwość do wyszukiwania tanich hosteli i promocyjnych usług PKP. Polecam każdemu! ^^

Tagi: wakacje, lenistwo
The rest is still unwritten... 2010-07-23 20:08:45
skomentuj (4) ^ w górę! ^